Krakowskie tradycje intelektualne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Błąd
  • XML Parsing Error at 1:94. Error 9: Invalid character

Władysław Konopczyński, "Historia, nacjonalizm a dobry humor"

Na marginesie czwartego wydania Dziejów Polski Michała Bobrzyńskiego.

Żadna poważna książka historyczna nie miała w ostatnich miesiącach takiego powodzenia, jak nowe wydanie Dziejów Polski w zarysie Bobrzyńskiego. Jest to objaw pocieszający. Zasadnicza myśl Dziejów, że państwo bez silnego rządu upada, zasługuje na powszechne uznanie. Co więcej, słynny historyk i polityk szkoły krakowskiej umie pobudzać, a nawet prowoko­wać czytelnika do myślenia. Niżej podpisany zawdzięcza mu dużo jeszcze od czasów gimnazjalnych, choć oczywiście czytał go nie w szkole, lecz w tajnym kółku samokształcenia, gdzie nawet swych kolegów egzaminował z historii Polski - według Bobrzyń­skiego. Nowe wydanie Dziejów spotka się oczywiście ze ścisłą krytyką zawodową na innym miejscu. Krytyka orzeknie, czy autor przetrawił istotnie nagromadzoną od lat 40, tj. od poprzedniego wydania, literaturę, czy też wybrał z niej te jedynie przyczynki, które mu nie psuły ustalonej od dawna koncepcji. Tu pragnę jedynie nawiązać do pewnego ustępu nowej edycji, poświęconego mojej skromnej osobie, aby rozwinąć jedną ogólniejszą refleksję i dać jedno niezbędne wyjaśnienie.

Swoje ?uwagi nowe? na końcu tomu poświęca autor przede wszystkim tak zwanej ?optymistycznej? reakcji przeciwko ?szkole historycznej krakowskiej?, jaką podobno przyniosła wielka wojna światowa. Rewizję poglądu na przyczyny upadku Rzplitej zainaugurował Balzer, który w roku 1915 ogłosił jako ?właściwą, rozstrzygającą przyczynę upadku naszej państwowości? - ?pożądli­wość złączonych? sąsiadów?. Pod wrażeniem tych słów - pisze dalej Bobrzyński - ?echo triumfu nad szkołą historyczną i opartą na niej polityczną krakowską odezwało się w obozie politycznym, który głosi kult skrajnego nacjonalizmu? (tj. Narodowej Demo­kracji). Wystąpił publicysta Chołoniewski z Duchem Dziejów Polski, wtórowali mu inni. ?Gorszym objawem było, że? za trującym haszyszem Chołoniewskiego oświadczyli się niektórzy historycy?, a jeden z nich, Konopczyński, ujrzał w nim ?zwycięstwo nad ciężką zmorą, szkołą krakowską?. Wylała się w powiedzeniu tym żółć historyka, który dla polityki nacjonalistycznej w historii naszej nie może znaleźć podstawy. Wszak na historię tę, oprócz Polaków, złożyli się Rusini i Litwini, a po części i Niemcy. ?Przyszło wkrótce opamiętanie?. Przeciwko poglądom Balzera oświadczył się St. Zakrzewski (1918), a w ślad za nim nadciągnął na plac boju sam weteran Bobrzyński (1920).

Tysiąc czytelników gotowych jest uwierzyć, że tak było naprawdę, a niewiadomo, czy dwa tuziny poza ścisłym cechem dziejopisarskim potrafią ten ustęp przeczytać krytycznie. Trzeba tysiącowi dopomóc.

I.

Zacznijmy od rzeczy ważniejszej. Rzetelny badacz nie do­patruje się w dziejach podstawy dla takiej czy innej polityki: poznaje on przeszłość i odtwarza ją taką, jaką była w rzeczywi­stości, poczym dopiero, jako obywatel, wysnuwa z niej dla siebie lub dla innych praktyczne wnioski. Historia daje podstawę dla polityki, ilekroć poucza, że pewne dążenia (podobne do dzisiej­szych), sprowadziły w okolicznościach podobnych do dzisiejszych skutki pożądane lub niepożądane z punktu widzenia pewnej idei. Ideą łączącą u nas wiek X z XIII, XVI i XX jest idea narodowa, a nie państwowa, państwowość bowiem Mieszkai Laskonogiego, niewiele ma wspólnego z państwowością Zy­gmunta Augusta lub państwowością dzisiejszą - poza wspólną nazwą. Naród od lat tysiąca jest ten sam i czuje swą toż­samość. Politykę nacjonalistyczną historia o tyle może ugruntować (dać jej ?podstawę?), o ile wykaże, że naród potężniał, gdy starał się sam gospodarować w swoim państwie, a upadał, gdy pozwalał w nim rządzić i mnożyć się innym narodom.

Pan Bobrzyński sądzi, że zniszczył historyczną ?podstawę? nacjonalizmu, gdy przypomniał, że na dzieje Polski złożyli się Rusini, Litwini i Niemcy. Ależ zgoda, składali się także Żydzi, Tatarzy, Cyganie i inne nacje! Czy tylko wynik tej składki za­wsze był zdrowy? Piszący te słowa bardzo mało uwagi poświę­cał dotąd przeszłości naszego nacjonalizmu. Inni także lekcewa­żyli to zagadnienie. Prof. Oskar Halecki podczas wojny ogłosił książeczkę propagandową pt. Das Nationalitätenproblem im alten Polen (1915), gdzie sławił (na szczęście po niemiecku) naszą tolerancję narodowościową, dochodzącą do zupełnego indyferentyzmu. Nie sądzimy jednak, by cały ów problem dawał się rozwiązać za pomocą prostej recepty: niechaj pod jednym dachem, jak w hotelu, żyją na równych prawach różne narodowości. Nie tylko dzisiaj, ale i w ubiegłych wiekach pol­ska polityka narodowościowa musiała się liczyć z psychiką tzw. mniejszości, ale musiała też dążyć do przewagi i rozrostu żywiołu polskiego w państwie. Jeżeli o tym zapominała, szko­dziła samej sobie, przestawała być w ogóle polityką. Można z austriackiego punktu widzenia traktować narodowość jako zło konieczne, ale nie widzieć jej w historii - niepodobna.

P. Bobrzyński zrobił ogromny wysiłek, aby Dzieje Polski przepoić duchem państwowym i wydezynfekować je z nacjona­lizmu, a jednak z jego to książki ja i jego koledzy dowiadywa­liśmy się lat temu 30 o owym synodzie Jakuba Świnki, co w r. 1285 kazał brać na nauczycieli jedynie ludzi znających język polski, i o wójcie Albercie, co przeciw Łokietkowi zniemczony Kraków zbuntował. Można było i należało momentów takich upamiętnić więcej. Nie lada ?nacjonalistą? był Jan Ostroróg, gdy pisał w art. 22 Memoriału: ?Niech się uczy polskiej mowy, kto chce w Polsce mieszkać?. Nacjonalistą był ów szlachcic polski, co za Zygmunta Starego żądał, aby ustawy redagowano po polsku; nacjonalistą ów poseł sejmowy, co się zachwycał polszczyzną Zygmunta Augusta, i ten nasz brat Prusak, co śmiał na przekór Niemcom propagować polską mowę na sejmiku w Grudziądzu. Pomyśleć tylko: czy możliwa byłaby Unia Lubelska bez ekspansji kultury polskiej na wschód i na północ, czy możliwa owa eks­pansja, gdyby naród nie uświadomił sobie swego odrębnego, twórczego jestestwa?

Jaka szkoda, że p. Bobrzyński nie powtórzył w popularnych Dziejach Polski trafnej myśli, którą ciszej przed forum specja­listów wygłosił w studium o Ostrorogu: że ?silny rząd to? nie dosyć. Rząd opiera się na społeczeństwie, a na społeczeństwie jednolitym, zdrowo zorganizowanym w narodowym kierunku rozwijającym się powinien się oprzeć?! Że też w charakterystyce przebudzenia warstwy szlacheckiej w XVI wieku pominął jedno z najistotniejszych jego znamion, poczucie narodowe! Że dodatnią rolę tego poczucia podkreślić miał dopiero niemiecki Żyd, histo­ryk Ezechiel Zivier, a po nim prof. W. Sobieski w popularnym podręczniku!

Można by się spierać, czy nacjonalizm antyhabsburski XVI wieku, oraz późniejsze tęsknoty za ?Piastem? po wymarciu Wazów były objawem bezwzględnie dodatnim, i trzeba by sto­sownie odgraniczyć kontuszowy nacjonalizm z czasu Sejmu Wielkiego od doby saskiej. To jednak pewne, że od zarzutu ?nacjonalistycznej polityki? wolny był Kazimierz Jagiellończyk, który przywileje dla Żydów zatwierdził, wolny każdy rząd i każdy magnat polski, który tej rasie oddawał miasta na pastwę, wolny cały ogół szlachty, gdy przykuwał do ziemi nadwyżkę ludności chłopskiej, zamiast nią prawidłowo kolonizować wschód, jak wolny również ten panek wielkopolski, co z gospodar­czych pobudek osiedlał na naszych pustkach Niemców i Holendrów, i dawał im przywileje większe niż chłopom polskim. Dzięki takiej polityce państwa miał później łatwą robotę Fryde­ryk Wielki w kraju nadnoteckim, Józef II w miasteczkach gali­cyjskich, a rosyjscy gubernatorowie na Rusi.

Może polemiczne żądło p. Bobrzyńskiego pobudzi także w tym kierunku myśl polskich historyków.

II.

Przechodzimy do punktu drugiego. Reakcja przeciwko szkole krakowskiej zaczęła się o wiele dawniej, niż twierdzi p. Bobrzyński. Przejawy jej widoczne są w pismach Korzona, Smoleńskiego, Rembowskiego, ledwo widoczne u Askenazego. Reakcja ta ma bardzo mało wspólnego z obozem ?skrajnego nacjonalizmu?, a spośród tzw. historyków optymistów, któ­rym obcy był albo jest nastrój pokutny Kalinki oraz oskarżycielski ton Bobrzyńskiego, nie należą do Narodowej Demokracji Askenazy, Balzer, Kochanowski, Kutrzeba, Szelągowski, należy do niej jedynie W. Sobieski, który od szkoły krakowskiej od­cinał się najostrzej - na dziesięć lat przed wejściem do obozu narodowego. Widocznie ów ?nacjonalizm? nie wyrasta z prze­słanek bezkrytycznego idealizowania dawnej Rzpltej, o czym wie zresztą każdy czytelnik pism Dmowskiego, Balickiego i Grabskiego.

Tego, co Bobrzyński pisze o ?zmorze? haszyszu i żółci, niepodobna czytać bez najgłębszego zdumienia. Raz już w r. 1920 atakował mnie Nestor stańczyków w rozprawie Nasi historycy wobec wojny światowej za to, że we wstępnym wykładzie na Uniwersytecie Jagiellońskim przyznałem użyteczność propagan­dowej literatury w rodzaju Chołoniewskiego: przypisał mi wtedy Bobrzyński uleganie wpływom politycznym, nacjonalistyczną ten­dencyjność w badaniu, lekkomyślne optymistyczne zapędy, poglą­dy, których nigdzie nie wyraziłem, i w dodatku niekonsekwencję (?Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?). Replikowałem z miej­sca (?Głos Narodu?), tłumacząc ironiczny sens wyrazów o ?zmorze?; replikowałem tak jasno i mocno, że atakujący powinien był albo cofnąć swe zarzuty albo - zmilczeć. Pan B. albo nie ra­czył przeczytać mej odpowiedzi, albo udał, że o niej nie wie, i całą napaść powtórzył w osobnej broszurze. Z kolei ja prze­drukowałem swą obronę w książce Od Sobieskiego do Kościuszki. Zdawało się, że śmieszne nieporozumienie zostało wyjaśnione. Czekałem tylko, jaki skutek wywrze moje końcowe wezwanie, ?poszukajcie, panowie, między sobą krytyka, któryby się nie uląkł głębszej dyskusji naukowej?.

Dziś zamiast rzeczowej dyskusji - znów ?zmora? i ?ha­szysz? i ?żółć?? Co począć z takim przeciwnikiem? Pan M. Bo­brzyński zbliża się do lat osiemdziesięciu. Jest mowa o uczcze­niu pięćdziesięciolecia jego pracy - nie wiem na pewno, nauko­wej czy politycznej. Wiek ma swoje prawa. Ale do owych praw nie należy ani odwracanie oczu od prostej prawdy, ani oczer­nianie autora, który nawet gdy ostro polemizuje, to jednak polemizuje lojalnie, i który zresztą o naukowej powadze pisarza Dziejów Polski tudzież o całej ?szkole historycznej krakowskiej? wyrażał się nieraz z szacunkiem. Skoro nienawiść do Narodowej Demokracji tak daleko zamracza jasną głowę p. B., to już nie ma nadziei, by kiedykolwiek zechciał on mnie zrozumieć. Piąte wy­danie Dziejów wyjdzie także z haszyszem i żółcią?

Nie rezygnuję jednak z próby sprostowania dalszego błędu, jaki nowa edycja Dziejów szerzy.

Błędem jest mianowicie twierdzenie, jakoby dopiero Stanisław Zakrzewski nawrócił do krytycyzmu szkoły krakowskiej.

Zakrzewski swój artykuł o Ideologii ustrojowej wydrukował na wiosnę r. 1918, a ja wykład, którego Bobrzyński nie chciał zrozumieć, wygłosiłem 16 stycznia tr. A jeżeli to komuś nie wystarcza, to niech przeczyta słowo wstępne do monografii Liberum Veto, wydrukowanej jesienią 1917 r.: ?Pisałem tę książkę dla ludzi myślących i pragnących myśleć. Przy tym dla ludzi, którzy nie boją się patrzeć w oczy prawdzie historycznej, cho­ciażby najsmutniejszej? Ludzie słabej wiary, potrzebujący bal­samu na swe obolałe samopoczucie narodowe, niech? stronią od niniejszych kart, znajdą oni krzepiącą driakiew w innego rodzaju literaturze, która ma swoją rację bytu i której dodatnich wpływów wychowawczych nie zamierzam obniżać? Czasy nasze są? poważne i wymagają trzeźwego porachunku z przeszłością? Budowniczym nowej Polski przystoi pogląd na dzieje surowy a sprawiedliwy, ścisły a nieubłagany, taki właśnie pogląd, jaki przyświecał epoce Sejmu Czteroletniego i Księstwa Warszaw­skiego?.

Czy jest książka w naszej literaturze historycznej pisana o poważniejszym, smutniejszym przedmiocie i utrzymana w mniej ?optymistycznym? tonie? A ktokolwiek czytał w Historii Poli­tycznej Polski, wyd. przez Akademię, mój wywód przyczyn upadku Rzplitej, ten chyba także nie znajdzie tam zwycięskiego okrzyku nad ?zmorą? szkoły krakowskiej. Pan Bobrzyński rad nierad zaglądał do publikacji Akademii i do ?Veta? i do pracy o Radzie Nieustającej. Postanowił jednak od historyka endeka niczego się nie nauczyć. I tak, nie przyjął on sprostowania, jakie ja, a po mnie dr Fr. Papée daliśmy co do słynnego ?przywileju mielnickiego? króla Aleksandra, i po dawnemu opo­wiada niebywałe rzeczy o przelaniu władzy najwyższej na Senat (1501). Nie sprostował w całym okresie 1648-1775, o którym piszę w Encyklopedii, ani jednego z zadawnionych błędów, nie uzupełnił według mych badań ani jednej luki. O książce zaś pt. Liberum Veto orzekł w ostatniej instancji, że ten temat okazał się ?za trudny?. Że jest on dotychczas za trudny dla moich recenzentów, o tym wiem dobrze. Nie wiedziałem, że za trudny nawet - dla Michała Bobrzyńskiego.

 

Menu Główne


Projekt zrealizowany przy udziale finansowym Miasta Krakowa


OMP poleca

 


Wyszukiwarka

Najczęściej czytane

Aktualnie gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 20 gości